poniedziałek, 31 marca 2014

A. 9 miesięcy i zbawienne "zejście na podłogę"

Mój 9-cio miesięczniaczek zaczął raczkować niczym struś pędziwiatr :D Strrrrasznie się z tego cieszę, bo to nie było takie oczywiste, że w ogóle zacznie. Pół roku chorował niemal non-stop, pół roku spędził na rękach, często płacząc, łkając, chlipiąc albo po prostu źle się czując :( Półroczne maleństwo me nie przewracało się nawet na boki a położone na pleckach krzyczało, że ma natychmiast zostać podniesione. W efekcie zawirowań najpierw nie przewracał się na boki i wstawał, ale siedział, potem dopiero uczył się innych - samodzielnych - akrobacji ciałem. Od stycznia los nam się odmienił, chorujemy duuuuużo mniej, niemal wcale - dzięki czemu wszystko ruszyło do przodu. :)

Udało mi się w dużej mierze dzięki prostej radzie znanego polskiego fizjoterapeuty, Pawła Zawitkowskiego, którego udało mi się spotkać na spotkaniu wrocławskiego Klubu Mamusiek w grudniu zeszłego roku. Proste nie proste - poradził mi zarówno swoje zabawy podłogowe, jak i - zejście samemu do jego poziomu, we wszystkim co robiliśmy. Takie proste prawda? Miliony razy czytałam o tym, nawet przede wszystkim rzekłabym na stronach montessoriańskich, żeby np. nie tylko zabawy, ale i pielęgnację maluszka wykonywać z jego poziomu, przez szacunek dla niego. Jakoś o ile stosowałam to przy poprzednich dzieciach, przy tym jakoś przez te choroby mi umknęło... :> Od tamtej porady wszystko wykonywaliśmy na podłodze, co się tylko dało. Nawet ziemniaki obierałam na podłodze obok niego. I YES! :D To naprawdę działa :D Na sobie przekonałam się, że nie tylko o szacunek do dziecka tu chodzi...

Podobnie zadziałały "zabawy podłogowe" - choć na filmie to takie proste... w rzeczywistości u nas takie nie było. Moje dziecię nie wyciągało rączek, nie obracało się na boki... a mentalnie chciało już siedzieć, nie chciało dłużej leżeć... nieciekawy błąd wychowawczy, prawda? Jak widać, gdy nie wszystko w życiu idzie jak z płatka, nawet doświadczonym się trafia ;) Przeszliśmy do dzieła. Początkowo synek tylko siedział i rączki słabo wykorzystywał w działaniu. Kiedy coś chciał krzyczał że ma się mu to włożyć do łapki ale pomimo naszej cierpliwości wcale nie chciał po nie sięgnąć samodzielnie. Tak jakby z góry uznał, że jest to za trudne. Dlatego aby zachęcić go do manipulacji siedząc jak na filmiku podnosiłam go na ręce i go -dosłownie- nachylałam do zabawki tak, jak by to robił on >>>gdyby robił<<<. Podawałam mu do ręki zabawki gdy był już blisko nachylony przy niej i - tadam! dopiero wtedy synek zabawkę brał. Myślę że ten bodziec pozwolił mu się przełamać i coraz częściej wyciągać rączki w zabawie :) Z czasem nauczył się nie tylko wyciągać ręce, ale też wychylać się do zabawki - sięgać przez moje nogi - wychylać się przez moje nogi żeby sięgnąć po zabawki - i tak jakoś poszło :) W ciągu półtorej miesiąca nadrobił straty i od chłopca leżącego nie przewracającego się i nieruchomo siedzącego stał się niemowlakiem raczkującym i stojącym niemal samodzielnie! OGROMNY skok :D. Choć nie wiem z drugiej strony, czy udałoby się nam to gdyby nadal chorował tak, jak chorował przez pierwsze miesiące... Teraz jednak odporność, wiek i otwartość na świat połączyły siły i zadziałały :D Gdyby ktoś z jakichkolwiek powodów miał te same kłopoty, naprawdę polecam :)



A ponieważ długo dodatkowo leczyliśmy ziarniniak pępka u niego, również leżenie na brzuchu odpadało przez miesięcy kilka i wszystko co się z tym wiązało też. Pięć pozycji jakie są przedstawione na poniższym filmiku to taka podstawa. Moje dziecię nie chciało leżeć na brzuszku samo - ale chętnie leżało trzymane, chętnie na mnie, chętnie na piłce, także na zwiniętym kocyku:



Nasze dni zamieniły się w jedną nieustanną zabawę :) A. uwielbia:

1. turlanie piłek o różnej wielkości
2. rzucanie piłek ping-pongowych i patrzenie jak skaczą na podłodze
3. zrzucanie wszystkiego zewsząd mówiąc "bam"
4. podnoszenie rzeczy i ofiarowanie ich mamie patrząc jak mówi "dziękuję" tylko po to, by to zabrać, rzucić i powiedzieć "bam"
5. zrzucanie rzeczy żeby zobaczyć gdzie spadły i jak leżą na podłodze
6. pokazywanie że jestem "taaaaki duży" i "taaaaki silny"


7. zabawy typu "gotowała sroczka kaszkę" (sam pokazuje jak odlatuje sroczka :D ), "idzie raczek-niemowlaczek" itp.
8. piosenki najróżniejsze, prawdziwe i wymyślone, polskie i angielskie. Z tych ostatnich uwielbia tą:

9. maskotki najróżniejsze, najchętniej jednak pacynki i maskotki-zwierzątka. Tutaj bardzo cenimy prawdziwość maskotek i pluszaków IKEA - sowa to jego ulubione stworzenie:

10. chodzenie za wszystkimi pojazdami jakie tylko napotka ogladając je i mrucząc jak traktorek "brrrrrrrrr"
11. oglądanie książeczek - ze szczególnym uwzględnieniem:
a. tych miękkich z materiału i plastyku, bo je można oglądać samemu:


b. tych które mają przyciski łatwe do naciśnięcia i
c. tych, które mają różne faktury, można je dotykać, szarpać, głaskać...:

d. tych, które mają wbudowane pacynki, maskotki itp.


e. no obowiązkowo - tych, które mają zwierzątka :) Czarno-białe także:



12. ściąganie klocków z patyków w tej zabawce:
Ostatnio próbuje je nawet nakładać nie tylko ściągać...

13. zrobiłam mu taką zabawkę i ją uwielbia:

http://www.lacasanellaprateria.com/2014/01/montessori-per-piccolissimi-la-scatola-imbucare-fai-da-te/

 W ogóle coraz bardziej zabawkowy się staje. Dostrzega wszystko u swojego rodzeństwa i czuję że niedługo będzie pomiędzy nimi konflikt interesów na tym tle ;)

Z czynności samoobsługowych obecnie jesteśmy na etapie:

- nauki samodzielnego jedzenia. Po tym jak zauroczył mnie ten filmik:



postanowiłam wdrożyć taką naukę i u nas w domu. I faktycznie A. bardzo szybko załapał jedzenie widelcem, czego nie mogę powiedzieć o łyżce. Jednak po kilku próbach zrezygnowaliśmy z tej formy jedzenia. Po prostu nie odpowiada nam. Wiem, że docelowo jemy jako ludzie widelcem i łyżką, na talerzu, przy stole. Ale raz, oznacza to moją nieustanną ingerencję w nakłuwanie, podawanie itd, co mi nie odpowiada - wolę podać jemu typu "proszę jedz" i zająć się moim talerzem ;P A dwa, wolę przysunąć dzieci do naszego stołu na krzesełku i jeść wspólnie raczej niż dawać mu osobno przy stoliku - przynajmniej przy wspólnych posiłkach typu śniadanie czy obiad. No i trzy - nadal pracujemy nad umiejętnościami manipulacyjnymi A. i samodzielne branie do łapki jest dużo skuteczniejsze (wg mnie) niż podawanie widelca z nakłutym jedzeniem.
Tak więc jemy sobie radośnie łapkami, A. ma łyżkę obok i totalnie ją ignoruje, nie lubi nawet wtedy gdy ja coś próbuję mu podać na łyżce. Taki typ ;) W miarę możliwości - czytaj: moich umiejętności - stosujemy metodę BLW.

- nauki samodzielnego mycia rączek. A. świetnie już stoi na podnóżku przy umywalce i wyciąga rączki. Powolutku, powolutku do przodu.

- nauki ubierania u nas nie ma, A. nie lubi się ubierać ;) Za to zakładanie pieluszki odbywa się na stojąco i chyba zbliża się czas na nocniczek - coraz częściej daje znać że potrzebuje toalety :D

Tyle za nami, tyle przed nami... :D

6 komentarzy:

  1. Zapraszam na relację z naszego bliźniaczego BLW, samodzielne jedzenie niemal każdego posiłku przez malutkie bliźniaki to nie lada wyzwanie dla mamy ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Katarzyno, dziękuję za zaproszenie, Twój blog jest bardzo ciepły i rodzinny na pewno będę go czytać :D Co do blw... wieczorem chyba wychodzi nam najlepiej bo potem kąpanie, a rano muszę się przemóc... Ze starszym jakoś mieszaliśmy - kaszkę mu dawałam ja, dopóki nie zabierał mi łyżeczki z ręki, stałe pokarmy do rączki. Stąd tu czuję się trochę niezręcznie - A. próbuje chętnie wszystko ale zjada niewiele, dużo więcej sensoryki przy tym jest ;) 3 razy dziennie kąpiel? Sama nie wiem... chętnie poczytam więcej jak to było u was :D

    OdpowiedzUsuń
  3. 3 razy dziennie bywało często tak do ok 14-15 miesiąca. Teraz precyzja w trafianiu do buzi jest już dużo lepsza :) Zdecydowanie lepiej tolerują już plastikowe śliniaki i fartuszki (mamy z IKEA), zdjęcia niebawem na blogu ;) Nasza córeczka w wieku Twojego maluszka była bardzo do niego podobna w kwestii ilości zjadanych nowych pokarmów.

    OdpowiedzUsuń
  4. Witam serdecznie:). Trafiłam na blog przypadkiem i bardzo się z tego cieszę, chyba zostanę stałą bywalczynią :). U nas 7- miesięczny bohater je metodą BLW... Tak, je, bo idzie mu coraz lepiej. Na razie tylko rączkami, a kaszkę wieczorem daję mu na łyżeczce ja, lecz za każdym kęsem on sam sięga po tę łyżeczkę i wkłada ją sobie do buzi. Śniadania i obiady coraz częściej znikają z talerza do brzucha a nie na podłogę, na razie około 40-50%. Myślę, ze to nieźle. Problemy są jedynie ze śliskimi owocami (które uwielbia), więc te trzymam mu ja. I tutaj film wklejony przez Ciebie mnie zainspirował - może zaproponować mu widelczyk gdy trudno coś złapać w mała rączkę? Spróbuję.
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  5. Mam 7 miesięczną córeczkę nie stosuje BLW jakoś mi to nie pasuje. Karmię kaszką i przecierami. Ale po kilku karmieniach mamy łyżeczkę przejmuje córka, zauważyłam że sama sięga :D mama tylko na łyżkę nakłada. Fakt czasem nie trafia ale w większości trafień ładunek trafia do buzi. U nas mała karmiona jest jak pan Bóg stworzył bo wszystkie śliniaczki bardziej interesowały ją od karmienia. Myje w metodzie na "sucho" czyli miska i mikro ręcznik z ikea. Oprócz tego dostaje kawałki owoców i marchew w siatce (próbowaliśmy bez) ale za często mi się zatykała kawałkami owoców.

    OdpowiedzUsuń
  6. Świetny blog! Jestem anglistką i zwolenniczką Montessori, myślę, że informacje przez Ciebie gromadzone i podawane baaardzo przydadzą mi się w przyszłości :) Oby tak dalej!

    OdpowiedzUsuń