czwartek, 19 września 2013

Szlaczki i brawo nauczyciele

Mój syn poszedł w tym roku do pierwszej klasy, jako sześciolatek. Miałam i nadal mam wieeele wątpliwości co do tej decyzji. Trochę nie mieliśmy wyjścia - szkoła, do której przynależymy, ma fatalne opinie, fatalną średnią, a kiedy na jednym z zebrań nauczycielka klas I-III na pytanie "co się dzieje, gdy sześciolatek musi iść do szkoły do zerówki (bo w przedszkolu nie ma), a emocjonalnie nie jest do tego gotowy" odpowiedziała "to jest jak grypa, każdy musi ją przejść", rozpoczęłam działania mające na celu ucieczkę jak najdalej od tego miejsca. Rozumiem tą panią w pewnym sensie. Ostatecznie każdy z nas miał swoje pierwsze dni w przedszkolu. Pierwsze dni w szkole. Pierwsze w następnej szkole... Trzeba przez to przejść. Ale od nauczycielki rozmawiającej z rodzicami - a sama w tej sytuacji występowałam w roli podwójnej, więc w pewnym sensie obie strony rozumiem - oczekiwałam, że ze swojej strony zapewni np. że będzie uważnie obserwować dziecko. Że w szkole jest psycholog, który w razie czego pomoże. Że wesprze ucznia w tej trudnej chwili. Że będzie dawała znać rodzicom, gdy coś niepokojącego pojawi się na horyzoncie. COKOLWIEK. Ale nie. Grypa. Zaraz potem usłyszałam, że "z takimi dziećmi MAMY najwięcej KŁOPOTU". Jako nauczyciel nigdy bym tak nie pomyślała. A - żeby świętej nie udawać - nawet gdybym, nigdy bym tak rodzicowi nie powiedziała. Jako rodzic i nauczyciel oburza mnie coś takiego. MY mamy kłopoty? Guzik prawda! To dziecko ma kłopoty. To w nim siedzą te wszystkie emocje, myśli, 24h/dobę, zabierane do domu, a często do poduszki...
Mam nadzieję, że rozumiecie, skąd decyzja o mojej ucieczce stamtąd... Nie chcę by mój syn był kłopotem dla kogoś tylko dlatego że czegoś nie umie, nie potrafi, bądź zachował się nie tak jak to sobie dorosły wyobraża....

W przedszkolu, niestety klasy zerówkowej nie utworzono z powodów braku zerówkowiczów,  Próbowałam umieścić syna w KTÓREJKOLWIEK szkole w naszej okolicy, ale niestety, system niezakwalifikował nas do żadnej. Bo nie w rejonie (brak 1000pkt!) Ale co mnie najbardziej oburzyło - nie dostaliśmy 200? punktów, ponieważ nie "zwolniliśmy miejsca w przedszkolu państwowym" innemu dziecku. Mój syn chodził do placówki prywatnej. Oburza mnie to tak, że słów brakuje. Nie dość, że przez trzy lata zwalniam miejsce w przedszkolu państwowym, do którego w zamian za mojego syna może uczęszczać do  niego inne dziecko, nie dość, że przez te trzy lata słono płacę każdego miesiąca, to jeszcze gdy po trzech latach chciałabym odetchnąć i wreszcie mieć choć trochę pieniędzy na inne rodzinne potrzeby, do placówki państwowej się nie dostaję, bo "nie zwalniam miejsca". Grrr...

Chcąc nie chcąc syna oddałam do - w teorii - "lepszej" placówki prywatnej w mieście. Dobra opinia, 17 uczniów w klasie, większość (a przynajmniej połowa) sześciolatków, dziewczynek i chłopców pół na pół. Idealne warunki. Poza jednym - pech chciał, w tej szkole też nie było zerówki. Syn trafił do klasy pierwszej.

Ale mój chłopiec ma sześć lat i choć jest to mój ukochany pan Robótka, który godzinami coś majstruje w domu, a największe okrzyki radości słyszę, gdy otwieram przed nim domowe pudło pełne klejów, nożyczek, kartek, pudełek, plasteliny itp., to rączkę to kreślenia linii wszelakich nieswobodnych ma słabo wykształconą.
Ma z tym dużo kłopotów. Pani prowadząca ma - zapewne nie jedyną, ale z tą mamy kłopot - metodę na ćwiczenie ręki: daje mnóstwo szlaczków do pisania. I tu mój syn polega :( I najgorsze jest to, że bez względu na to, jak się stara, słyszy tylko, "że źle zrobił". :( Nie ma mowy o języku wzmacniającym, pozytywnym. Nie słyszy, gdzie zrobił dobrze, która pętelka mu się udała. Do tego stopnia, że znaczki które pani stawia jako "sprawdzony" on zrozumiał jako zaznaczenie, że "to i to i to - to wszystko mam złe szlaczki".
Dla przykładu. te szlaczki wykonane przez sześciolatka, który szlaczków do tej pory w zeszycie w trzylinie nie pisał, w trzecim tygodniu września pani także zakwalifikowała jako "złe", prawdopodobnie dlatego, że ostatnia linijka była krzywo napisana:


Kiedy pomylił fale, powiedział, że "szybko zmazał, żeby pani nie krzyczała" :/ Pytam go, czy krzyczała, czy raczej zwracała uwagę, na co on "pół na pół".

Do tego mój syn przejawia syndrom sztokholmski - panią bardzo lubi... :?
Dziś usłyszałam, że:
- pani stawia słoneczka za dobre zachowanie, on nie dostał, chyba dlatego, ze dużo mówi, ale nie wie tak naprawdę czemu nie dostał

- w szkole nic mu się nie udaje, ale lubi szkołę

Nie muszę pisać, że mam serce pokrojone na kawałki, ciężko mi się śpi i mam ochotę wyć do księżyca? Mój syn uwielbia się uczyć, w domu jest ciekawy wszystkiego, gaduła kto mnie zna wie, po kim jest... nie minął miesiąc a mój syn już jest w domu zgaszony... nie wiem czy płakać czy się wściekać...

Bądź co bądź postanowiłam mu pomóc w kwestii tych nieszczęsnych szlaczków. Mój syn po tym, jak opanował szorstki alfabet ćwiczył między innymi:
- robienie liter z plasteliny,
- wyklejanie kształtu liter na kartce,
- pisanie liter klejem na kartce, aby je potem "odkrywać" zasypując kartkę piaskiem, który przyklejał się do kleju,
- odkrywając w podobny sposób litery pisane świecą po kartce (tu zamalowując ją farbkami)
- pisząc litery farbkami do malowania palcami,
- pisząc pędzelkiem zanurzonym w wodzie po tablicy,
- pisząc litery na piasku.
Ponieważ szło mu to dość sprawnie, z piasku już zrezygnowaliśmy, jesteśmy na etapie papier-tablica:


Trochę bardziej papier, ze względu na to, co dzieje się w szkole. Niestety w trzy linie z racji szkoły i stosunku pani do jego prac. Zdecydowałam, że dla dobra synka omijamy tablicę gładką (1 etap) i linie szerokie (2 etap):


Nie wiem, czy dobrze robię, idę trochę po omacku...
Montessori mówiła o konieczności przygotowania umysłu i ręki do prawidłowego pisania.  Mięśnie dłoni powinny być na tyle swobodne, by móc dłonią swobodnie wykonywać ruchy piszące. Internetowy album AMI Montessori Primary Guide bardzo klarownie wylicza kolejne umiejętności - pośrednie i bezpośrednie - potrzebne do nauki pisania.
Polecam także lekturę "Montessori Read & Write autorstwa Lynne Lawrence [tu ukłon w stronę autora strony Byc Rodzicami, on wie czemu ;) ].


Książka genialna, warta swojej ceny. To naprawdę bardzo szczegółowa i konkretna teoria i praktyka pisania i czytania w jednym. Krok po kroku zapoznaje czytelnika z tym, czym jest pisanie i czytanie, jakie procesy myślowe dziecka temu towarzyszą i co - detal po detalu - należy robić wprowadzając dziecko w ten świat. Mój syn obecnie w czytaniu jest na niebieskim materiale, ale w pisanie został brutalnie wrzucony poprzez szlaczki, dlatego my idziemy przez tą instrukcję dość wybiórczo.

Szczególnie postanowiłam zagłębić się w proces tworzenia szlaczków przez dziecko. Szlaczki traktuję jak rysunki - wierzę, że ich interpretacja jest bardzo istotna dla ustalenia charakterystyki sposobu pisania i postępów. Jednak wydaje mi się, że aby postępy miały szansę zaistnieć, musi danej czynności towarzyszyć praca mózgu. Nie wydaje mi się natomiast, żeby mózg się szczególnie wysilał przy tworzeniu kółek, kresek i pętelek wzdłuż linii w zeszycie. W montessori czynności wykonywane przez dzieci muszą mieć swój sens. Szlaczki także. Szlaczkami ozdabiamy jajka, choćby na papierze, wazony, pudełka na prezenty, w książce autorka proponuje ozdabianie brzegów kartek, robienie papierów listowych itp.
Szlaczki są jedną z form pisania przygotowującą do pisania liter, dlatego te proponowane przez nauczyciela powinny odzwierciedlać wzory występujące w kształtach liter PISANYCH - ciekawe propozycje takie jak te można znaleźć na stronie www.teachingfromatacklebox.blogspot.com. Jednym ze szlaczków pisanych przez dzieci jest taki (nie udało mi się na klawiaturze zrobić ciągłej linii):
                                                            _    _   _    _    _ 
                                                         |_|  |_|  |_|  |_|  |_|  |_|

Przejrzałam cały alfabet ale nie znalazłam litery, którą się pisze w analogiczny sposób, mało płynny moim zdaniem - kreska-stop-kreska-stop itd. A może coś przeoczyłam?

Naprawdę doskonałe ćwiczenia przygotowujące do pisania szlaczków - rozmaitych - i liter w liniaturze są te zawarte w książkach Doroty Dziamskiej "Edukacja przez ruch":


Zastanawiam się też, czy - jak przeczytałam w literaturze - skoro dzieci w swoim rozwoju najpierw rozpoznają koło, potem trójkąt, potem kwadrat, a potem dopiero kolejne figury, to czy przypadkiem nie jest dzieciom łatwiej wykonywać szlaczki w odpowiadającej temu kolejności: najpierw koła, potem kreski, na końcu pętle? Trudno mi powiedzieć. Na pewno widzę, że koła są najłatwiejsze dla synka.

I - choć w montessori się tego nie zaleca - zaczęliśmy także ćwiczenia pisania "po śladzie", w stylu "połącz kropki": Ja mu "kropkuję" cały szlaczek, potem kropkuję go mniej i mniej i mniej... Dlaczego zastosowałam tą metodę? Bo okazała się skuteczna przy tych szlaczkach:


Swoją drogą zastanawiam się: czy to normalne w trzecim tygodniu września sześciolatkom w I klasie, a zatem tym, które nie odbyły nauki w zerówce, zadawać jako zadanie domowe szlaczki tego typu? Nie mówię tu nawet o spiralach, ale o tym, co jest widoczne na drugim zdjęciu - naprzemienności tak trudnego wzoru o tak drobnej różnicy (dla tych, którzy nie dostrzegli - ślimaki różnią się pierwszym skrętem - jeden jest do linii, drugi sięga poza nią). Byłabym wdzięczna, gdyby ktoś znał odpowiedź na to pytanie, ponieważ ja nie znam, a na dzień dzisiejszy nasuwają mi się takie myśli:
- to nie sześciolatki nie są gotowe do szkoły. To nauczyciele nie potrafią uczyć sześciolatków i dlatego protestują. Wolą siedmiolatków, ponieważ ich potrafią prowadzić.
- sześciolatki są niemal karane za to, że wcześniej poszły do szkoły - na siłę robi się z nich siedmiolatków, choć kiwa głową, że oczywiście, zrozumiałe, że musi ćwiczyć. Tak naprawdę musi ćwiczyć, by przeskoczyć na życzenie nauczycieli jeden rok swojego życia.
Brawo reforma. Wiwat nauczyciele. W ich przypadku cokolwiek by mówili na siebie, przyganiał kocioł garnkowi. Mam nadzieję, ogromną, że po jakimś czasie zmienię zdanie.

9 komentarzy:

  1. Dzięki za megawyczerpujacy post. Ja tez bardzo obawiam sie tego momentu.. Synek nie ma jeszcze dwóch a ja juz zastanawiam sie na D ED. Jesli wciąż bedziemy miec możliwości i warunki chyba sie zdecydujemy. Podziwiam i trzymam kciuki za Pana Robotke :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Maria, mi się od zawsze marzy ED, ale nie mam warunków, niestety... Trochę przeżywam, że poprzez to, że muszę zajmować się najmłodszym, mam za mało czasu, by wspierać średniego w tym trudnym czasie tak, jakbym chciała i mogła. Trzymam kciuki za Wasze decyzje :)

    OdpowiedzUsuń
  3. To jest straszne co piszesz!!!!!!!!
    Aż mi się przykro zrobiło...
    Absolutnie masz rację, że to nauczyciele nie są przygotowani! I to jest skandal!
    Mam nadzieję i mocno trzymam kciuki, żeby sytuacja się poprawiła.
    Pozdrawiam :)
    ps. ja też jestem z Wrocławia...obym za te 4 lata trafiła na lepszych bardziej świadomych i ODDANYCH swojej pasji nauczycieli!

    OdpowiedzUsuń
  4. To ja napiszę trochę w obronie nauczycieli, bo sama prowadzę teraz pierwszą klasę. I też zadaję dzieciom szlaczki. Mam klasę siedmiolatków, ale jeśli chodzi o program, nie ma to różnicy. Jest identyczny, bo do tego dąży ministerstwo, żeby obniżyć wiek szkolny, bez znaczącej zmiany programu. Czyli program zmienił się dla klas pierwszych, bez rozróżnienia czy dla sześcio czy siedmiolatków.
    Ja zanim zaczynam z dziećmi szlaczki czy pisanie nowej litery, robię z nimi prace plastyczną, piszemy literę na plecach kolegi, na tablicy czy na dywanie. Dzieci rzadko o tym mówią w domu, bo zapominają.
    Ale powiedzmy sobie szczerze- w szkole nie ma już na to też tyle czasu co w zerówce :( Ubolewam nad tym, bo nas, nauczycieli też to boli. Chciałabym każdej literze poświęcić cały tydzień, ale materiał goni, nadzór siedzi nam na głowie. Więc w klasie robię, ile się da dla rozwoju motoryki małej, a do domu zadaję często szlaczki. U mnie jest to często ozdabianie dachu domu, labirynt czy rysowanie po śladzie ruchów jakiegoś zwierzęcia. Ale zwykłe linijki szlaczków też są. Jakby nie było, ćwiczą koordynację oko-ręka i precyzję ruchów. I temu ma służyć rysowanie kreseczek przez całą linijkę.
    Pozdrawiam i mam nadzieję, że synek da radę i nie nabawi się fobii szkolnej, bo to najgorsze co się może maluchowi przydarzyć na początku edukacji. Moja córcia została w zerówce dwa lata.
    Szkoły zdecydowanie nie są gotowe na sześciolatki. Ani organizacyjnie, ani merytorycznie. :(

    OdpowiedzUsuń
  5. Aneczko, program może jest identyczny ale pani nie ma identycznych dzieci. Ten sam program można naprawdę różnie przeprowadzić dla różnych klas. Bo jeśli wszystkie dzieci w tym samym czasie robią te same znaczki, to ja nie wiem w jakim celu je pani zadaje. To jest pójście na łatwiznę i obudowywanie się argumentami dlaczego "muszą" pójść na tą łatwiznę. Szlaczki mają swój cel. Zadawanie ślimaków lewo, prawo i jeszcze jakoś skrętnych dziecku, które po raz pierwszy pisze w liniach i krzywo pisze szlaczki-kreski jest okrutną pomyłką. Tym większą, że w kontaktach z panią brakuje mi jej aktywności wobec nas - tzn mówi mojemu synowi "źle" ale nie mówi CO jest źle i nie mówi nam, co mamy z nim robić by mu pomóc, choć widzi męża codziennie.

    Skoro w szkole nie ma wystarczająco czasu, to dlaczego ja jako rodzic nie dostaję informacji co "doganiać" przydałoby się w domu. Mąż o Kubę pyta dość regularnie. To dla mnie - przepraszam Cię - ale nie argument, niestety, mam nadzieję, że Cię nie uraziłam...

    Co do możliwości - mój mąż widział w Rumunii przedszkole montessori - niby dużo droższe od standardowego systemu - otoczone biedą, biedne, ale ogródek był, krzesełka były, pedagogika działała super. Montessori powstają w biednych krajach, tam gdzie nie ma nic. Kiedyś w szkole było biedniej. Nauczyciele zarabiali mniej. Pośród pięknych sal i stoły i pełnego wyposażenia też może być pedagogiczne dno. Te braki to dla mnie kolejna wymówka. A wiem o czy piszę, bo przez lata pracowałam w gimnazjum.

    Dzieci rzadko mówią o tym co w szkole i dlatego podejrzewam, że pani robi i inne rzeczy z dziećmi, o których nie wiem. Natomiast nie o to mi chodzi - mi nie chodzi o szlaczki tylko o to, jak ta pani wzmacnia mojego syna i buduje jego chęć do nauki. Po trzech dniach synek, który do tej pory nie mówił mi "nie umiem" tylko "mamo pomóż" mówi, że
    1) NIC mu szkole nie wychodzi
    2) WSZYSTKIE szlaczki ma złe.
    Pani nie wskazuje mu, co zrobił dobrze, co źle. Stąd dałam przykład "złych" szlaczków syna w zeszycie. On nie ma nad czym pracować bo nie wie co robi źle. Ale te trzy tygodnie nauczyły go, że "nie umie pisać szlaczków". Brakuje mi wsparcia z jej strony dla mnie jako rodzica i dla niego jako człowieka. Na języku ang uczą się teraz nazw bezkręgowców. Radosny zaniósł do szkoły ślimaka, żeby pokazać, że to jest "snail" a jedyne co usłyszał od pani to, że "nie powinien był przynosić do szkoły tego ślimaka".
    O szlaczki pytam bo szczerze mówiąc, nie mam wiedzy w tym temacie zbyt dużej -
    1. czy jest jakaś gradacja szlaczków w stylu od łatwiejszych do trudniejszych której się nauczyciele trzymają, czy zadają co im pod rękę wpadnie?
    2. czy te szlaczki wykonane przez syna są faktycznie 'złe' tzn. czy jest bardzo do tyłu względem innych sześciolatków niezerówkowych
    3. czy taka trudność jaką przedstawiłam na końcu to rzecz normalna we wrześniu w Ikl i jak sobie dzieci z tym radzą
    Generalnie rzecz biorąc brakuje mi dystansu i wiedzy by odnieść się do tego, dlaczego te szlaczki są "złe" i jak wygląda przeciętnie "dobry" szlaczek wykonany przez sześciolatka. Wtedy wiedziałabym, czy działania nauczycielki to gaszenie syna czy raczej powinnam wziąć się za "korepetycje" dla niego
    itd... itd...

    Jestem Ci BARDZO wdzięczna za Twój głos, liczyłam na to, że ktoś kto że się tak wyrażę, jest w temacie, pomoże mi to zrozumieć :) Dziękuję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie dziwię się, że jesteś taka wzburzona tą sytuacją. Zachowanie pani rzeczywiście nie zachęca dzieci do pracy. Ja też zadaję całej klasie te same szlaczki (zaczęłam od łatwiejszych, teraz dostosowuję je do poziomu klasy). Dzieciom, którym idzie to sprawniej dodaje dodatkowe, trudniejsze. Tym, którzy mają z tym problem pokazuję, jak je zrobić ( czasem prowadzę rączkę, albo porównuję kształt do czegoś znanego dziecku). Ja staram się zawsze, żeby dziecko zrozumiało, czego oczekuję i co moim zdaniem wymaga dalszej pracy. Pracuję metodą OK i pewnie stąd to wynika. Ciągle powtarzam moim uczniom, że są w szkole po to, żeby się nauczyć, a nie po to, żeby pokazać mi, że wszystko już umieją. A błędy i pomyłki są drogą do opanowania umiejętności. Nie myli się tylko ten, co nic nie robi. I dzieciakom daje to poczucie bezpieczeństwa. Oczywiście, niedługo przejdzie ten moment, że będę musiała ocenić ich wiedzę i postawić i gorsze oceny niż 5, ale na razie udaje mi się tego uniknąć.
      Jeśli chodzi i rysowanie pionowych kresek przez cała linię, to przydają się one przy literach k i h. Ślimaczki z drobnymi różnicami mają ćwiczyć nie tylko rączkę,a i spostrzegawczość. Podobne ćwiczenia robię z moimi uczniami, ale zawsze zaznaczam, że są tam drobne różnice i muszą na nie zwrócić uwagę. Żaden z moich uczniów nie ma z tym na razie problemu.
      Szlaczki Twojego synka są w porządku w porównaniu z moją klasą. A są to 7-latki po zerówce. Jedne (szczególnie dziewczynek) są OK, a inne są dużo gorsze, ale z tymi dziećmi pracuję dodatkowo, np. na wyrównawczych, bo akurat wypracowanie rączki w pierwszej klasie jest rzeczą ważną według mnie. Jak się teraz nie nauczą ładnie pisać, to w drugiej klasie już musztarda po obiedzie.
      Szkoda, że nie macie informacji od nauczycielki. Ja się staram na bieżąco informować rodziców, jeśli coś jest nie tak. Podpowiadam często jak ćwiczyć z dzieckiem w domu. Tobie nie trzeba :)
      Zgadzam się z Tobą, że nasza edukacja jest na niższym poziomie niż w biedniejszych krajach, ale na to się składa wiele rzeczy. Również mała otwartość starszych nauczycieli na inne niż im znane metody uczenia. Sama często też się z tym borykam, bo koleżanki z większym stażem bardzo krytykują moje metody pracy. Na szczęście mam duże wsparcie u dyrekcji szkoły.
      Z drugiej jednak strony zawsze przestrzegam rodziców przez nadmiernym chronieniem dzieci, bo i tak do szkoły chodzić muszą, a im bardziej burzymy się na to, co się w szkole dzieje, tym bardziej dziecko się stresuje, bo widzi, że coś jest nie tak. Wspieraj synka, bawcie się razem, ale nie okazuj swojego niezadowolenia z pani przy nim. On sobie na pewno da radę. Wszyscy przeżyliśmy szkołę, a przecież 20 lat temu idealnie i bezstresowo też nie było ;)

      Usuń
    2. Aneczko, bardzo Ci dziękuję za tą odpowiedź :) Wiele do przemyślenia... :))

      Usuń
  6. Rozumiem. Przeżyłam pierwszą klasę z synem. Naprawdę rozumiem. Ja też jestem nauczycielem montessoriańskim i rok miałam syna na ED w zerówce i cierpię katusze, mając dzieci w szkole...

    OdpowiedzUsuń