czwartek, 10 maja 2012

Tradycja rodzinna i poranarelax

W ramach zacieśniania więzi rodzinnych... ;-P i wymyślania nowych form spędzania czasu :))) wyewoluowała w naszym domu nowa forma podawania kolacji.
W tym celu każdy członek rodziny dostał po jednym patyczku do lodów, który sobie podpisał na jednym z końców:


Każdego wieczoru losujemy jeden z patyczków, a osoba wylosowana ma za zadanie... przygotować wszystkim kolację...
Na czym polega radość z wylosowania? Ano pomyślałam sobie, że - nie wiem jak to jest w innych domach - ale u nas zazwyczaj, kiedy przychodzi pora obiadu/śniadania/kolacji, czyt. posiłku, wybieramy spośród żywności "legalnej" - czyli zdrowej - dania, które pasowałyby na stół na daną porę dnia, czyli i żeby były zdrowe i  żeby wszyscy zjedli.
Ale np. ja uwielbiam szpinak, którego inni nie cierpią i nie opłaca mi się przygotowywać na obiad szpinak tylko dla mnie. I w konsekwencji go najczęściej na stole nie ma. Jakby wziąć wszystkich członków rodziny, to takich rzeczy suma summarum to by się uzbierało...

A co, gdyby opłacało się go przyrządzić tylko dla mnie? Dla odmiany? I co dalej? Nikt nie zje i mówi się trudno?

Otóż wcale nie. Okazało się, że zje! Ale tylko wtedy, gdy szpinak nie będzie gościł na stole zbyt często. No tak, ale co z resztą dań? Szpinak rzadko, inne coś rzadko, jeszcze inne coś rzadko... robi się z tego bardzo >>często<< Jak często jest często? Miałam w głowie mętlik okrutny. Jak to zrobić, żeby ten szpinak na stole był?

Mętliku już nie mam. A rodzina zjada różne rzeczy, bo...
...powstał "projekt kolacja" :D

Od maja kolacja u nas nie jest posiłkiem, który robimy ani "sobie", ani "wam". Ten posiłek dajemy ukochanym naszym po to, żeby zobaczyli, co mi smakuje, o czym marzę, co chciałabym zjeść - słowem - kolacja jest po to, żeby zaprezentować innym domownikom cząstkę siebie - tego, co lubię i na co mam ochotę. Efekt - nikt nie marudzi na mój szpinak, ponieważ wiedzą, że bardzo o nim marzę, lubię...
...oni się nawet cieszą!!!!! Moje dzieci się cieszą, bo dowiedziały się, że mama lubi szpinak!!! TO DZIAŁA!! YES!!! Boskie, nie?

Odnośnie kolacji obowiązują pewne zasady - żeby nie było łatwo :D :D:

1. Kolację przygotowuje wylosowana osoba;
2. Pomoc, tzn. co i jak, wyznacza wylosowana osoba, nikt inny. Jak osoba nie zgłasza się po pomoc, oznacza, że jej nie potrzebuje (w ten sposób dzieci uczą się, co potrafią, do czego można zawołać mamę, do czego tatę, o co kogo zapytać itd itd. O dziwo! Najczęściej pomocy nie potrzebują. Jakoś wymyślają takie dania, z którymi sobie radzą same lub przy minimalnej pomocy);
3. Pomaga się tylko tyle, o ile poprosi osoba przygotowująca posiłek - i nie więcej;
4. Zjadamy bez kręcenia nosem, jak nam nie smakuje, dozwolone jest dobranie sobie coś do kolacji - samemu (hehe, wiecie co, u mnie ta zasada się nie sprawdziła... nikomu się nie chce... wolą jeść to, co na stole...);
5. Nie krytykujemy!!!!!!!! Nie mówimy co jest zdrowe, co niezdrowe, co przypalone, co niedogotowane itp. To nie jest czas na naukę odżywiania się, tylko na konsumpcję;
6. Można zaproponować: "ciekawe jak by smakowało z..." lub coś innego - na przyszłość;
7. Dziękujemy, rozmawiamy, celem jest poszerzenie naszej wiedzy o preferencjach wybranego domownika - w praktyce - wszyscy rozmawiamy o tym, co lubimy w odniesieniu do tego, co na stole.
8. Uśmiechamy się często, sprzątamy po kolacji różnie, jak wyjdzie, ale osoba przygotowująca posiłek nie może umknąć od tego obowiązku :)));
9. Jak nie wyjdzie kolacja tego dnia (bo np. nie ma nas wieczorem) przesuwamy termin o jeden dzień.
10. Maks. następnego dnia rano osoba wylosowana musi powiedzieć, czego potrzebuje na kolację, żebyśmy bez języka na brodzie wieczorem nie biegali w poszukiwaniu np. sera.

i to chyba na tyle.

Wyszło cudnie. Po raz pierwszy synek, gdy wylosowano jego patyczek, podał nam słodkie ulepkowe płatki z mlekiem... na kolację... cierpieliśmy w cichości ducha... Za drugim razem poszło nieco lepiej, były tosty:



Pierwszy raz córci był cudny, drugi... po tym jak pięć jaj się stłukło, trzy niedogotowało i zobaczyłam, że wkłada do zagotowania kolejne trzy, wzięłam głębooooooki wdech....
...i poszłam sobie pod prysznic się zrelaksować... 
...było dosyć... smacznie...

Ale co najważniejsze, była, jest i pewnie jeszcze czas jakiś będzie radość - bo mogę i komuś coś dać, i pokazać siebie, i zjeść to, co lubię ja. I jeszcze o tym porozmawiać. :D

5 komentarzy:

  1. Pomysł cudny! Wart spapugowania ;-) ... ale chyba jeszcze nie jestem gotowa ... ;-]

    OdpowiedzUsuń
  2. aaa wlasnie tego typu blog szukalam! nietoksyczny!

    OdpowiedzUsuń
  3. Hm... właściwie nie wiem, co to znaczy "nietoksyczny", ale dziękuję ;) i zapraszam :))

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale fajny pomysł! Szkoda, że moje dzieciaki jeszcze za małe na wprowadzenie w życie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja może i byłabym gotowa, ale moja młodsza córka to zupełny maluszek jeszcze. A moja starsza pewnie dawała by nam na okrągło kanapki z dżemem (a może się mylę?). W sumie warto zapamiętać i poczekać z tym na nieco lepszy (dojrzalszy) moment.

    OdpowiedzUsuń