wtorek, 5 października 2010

Telewizja śniadaniowa

...czyli opowieść o tym, jak rozgryzłam jeden z ciążkich orzechów naszego ogniska domowego.


Nie wiem, jak Wy, ale ja wychodzę z założenia, że niedorzeczne jest uczenie dziecka czegoś, w co sami nie wierzymy i czego sami nie robimy lub nie przestrzegamy na codzień. Nie można uczyć go siedzenia po turecku w domu, w którym sami tak nie siedzimy. Jeśli my pijemy herbatę, najprawdopodobniej ono również pewnego dnia je polubi... to się chyba nazywa imprinting :). Gorzej, gdy nagle zdajemy sobie sprawę z tego, że nasze prywatne zwyczaje nie są tymi, które chcemy przekazać dziecku, albo - tak jak było u nas - zwyczaje, które ma dorosły i jemu nie przeszkadzają, zaczynają przeszkadzać dziecku...



        "Telewizja śniadaniowa" jak nazywam oglądanie i spożywanie posiłku jednocześnie, to był mój chleb powszedni, na zmianę występujący z czytaniem przy obiedzie - w zależności od dnia, lektury, zmęczenia itp. itd. Skoro mi nie przeszkadza... nie przeszkadzało mi, że nie przeszkadza moim dzieciom. Tzn. ja myślę, że nie przeszkadzało, nie wiem, co tak naprawdę myśli moje najstarsze, może je kiedyś zapytam :> Znam teorie wychowania na ten temat, jednak życie okołoposiłkowe u nas układało się do tej pory na tyle dobrze, że po co poprawiać coś, co nie wadzi nikomu...?
        Niestety, jak się można domyśleć, moją wizję rzeczywistości znów popsuł kurs ;) :P Przyjechałam po nim do domu po całkiem porządnym praniu mózgu i zupełnie innymi oczami obserwując świat dostrzegłam mojego ukochanego trzylatka, który nie trzyma prawidłowo łyżki (choć gdy przychodzi czas na obiad, doskonale wie, jak wygląda komplet sztućców...), nie je, natomiast chce oglądnąć bajeczkę... i nic nie robi z obiadem, dopóki mu się go nie włoży do ust w sposób całkowicie z jego strony bierny. Patrzałam na ten stan rzeczy po raz pierwszy w ten sposób i próbowałam sobie przypomnieć, jak to się stało, że moje starsze dziecię nauczyło się jeść samodzielnie... słowo daję, nie pamiętam...
       Gdyby ktoś mi wcześniej powiedział, że oglądanie bajek przy posiłkach to tylko mój wymysł i dzieci tego nie chcą, nie uwierzyłabym. A jednak. Trzeba widzieć moje szczęścia dzisiaj, jak fajnie wyglądają przy rodzinnym stole. I jak fajnie my wyglądamy przy nim... Dzieje się mnóstwo ciekawego - rozmowy o jedzeniu i nie tylko... żarty, prawie zero sprzeczek... ;) Co najdziwniejsze, całej rodzinie to przyszło z taką łatwością, jakbyśmy sw ten sposób zasiadali do stołu od lat... zdumiewające, jak inne są czasem rzeczy od tego, jak my je postrzegamy... A moje dziecię je prawie samodzielnie i coraz chętniej i lepiej sobie radzi! Po kilku zaledwie dniach!!! I ja jestem taaka dumna z niego... w pewnym sensie jest tak, jak mówiła Montessori: "From the child itself he will learn how to perfect himself as an educator" (
The Montessori Method)- choć pewnie nie o to jej w tym cytacie chodziło ;-P

Dziś zastanawia mnie taka jedna drobnostka - czy są dzieci, które oglądają telewizję i jedzą samodzielnie w tempie nienaruszonym przez ten bodziec? Taka mała zagwostka...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz