czwartek, 7 października 2010

Doświadczenia

Nie wiem, czy jest coś, co bardziej lubię robić z moimi dziećmi niż badanie świata poprzez eksperymenty. Dla mnie jest w nich coś ekscytującego... nawet jeżeli znam ich przebieg od początku do końca, to i tak ten moment, kiedy w skupieniu czekam na rezultaty jest dla mnie niezwykły... wydaje mi się, że moje dzieci również je lubią, przeżywają, niczym prawdziwi naukowcy chcą sprawdzać, czy wynik zawsze będzie ten sam i czy coś się zmieni, gdy zrobią coś inaczej - zabawa ze wszech miar kreatywna, twórcza i wciągająca :D

Moje dzieci wielokrotnie przeprowadzały eksperymenty, np. władając palec pod strumień płynącej wody i sprawdzając, w którą stronę chlapnie woda :P - albo czekając na gorącą patelnię (to starsze) po to, by włożyć ją natychmiast do wody i zobaczyć jak syczy i bucha parą (przy tym miałam dość mieszane uczucia i pozwoliłam tylko na kilka powtórzeń :>).

Kiedy mój synek dostrzegł zapałki, po chwili wahania, czy mu je zabrać czy nie (chciał sam je zapalać) stwierdziłam, że lepiej będzie wykorzystać tą sytuację i pod moim okiem uświadomić mu czym jest zapałka, ciepło, gorąco, ogień. Dorośli często denerwują się, że dzieci chcą dotknąć rzeczy gorących i nie słuchają, kiedy mówi się im "nie dotykaj, to parzy". Skąd jednak taki maluch ma wiedzieć, co to znaczy "parzy"?
Spróbujmy wejść w skórę naszego malucha - wyobraźmy sobie sytuację, w której widzimy coś ciekawego i chcemy tego dotknąć. Nasza mama podchodzi i mówi "nie dotykaj tego, to jest aginaji!". W pierwszej chwili może i nie dotkniemy, ale za chwilę widzimy, jak nasza mama podchodzi do tego, dotyka, coś na to wkłada lub coś wyciąga... Jesteśmy trochę jak zwierzątka... jesli lew widzi, że mama lwica coś robi, ono za nią powtarza, w ten sposób uczy się. Jeśli mama ptak nie je jakiegoś ziarna, malec też go nie ruszy. A tutaj mama mówi mi "nie dotykaj" po czym sama dotyka... Co to za tajemnicze aginaji? W końcu dotkniemy. Wiedza o tym czym to jest tkwi w świadomości mamy, nie w świadomości dziecka. Nie wystarczy powiedzieć, co to jest, żeby wiedzieć, co to jest. Czy wiemy w końcu co to jest aginaji? No nie. Musimy tego doświadczyć. Albo - jak w przypadku ognia - doświadczyć rzeczy podobnych, które dadzą nam jakieś wyobrażenie o tym czym ogień może być.

Nasze doświadczenie zatem miało na celu:
a. zapoznanie synka z tym, co to jest zapałka, jak się jej używa (synek był zaskoczony po tym, jak zapałka "buchała" ogniem przy zapaleniu i to w sposób naturalny uspokoiło go i skupiło na czynności... instynktownie chciał być ostrożny...
b. zaprezentowanie czym jest ogień i że jest gorący;
c. przekonanie się, że jak ogień "nie oddycha", "znika".

1. Zaczęliśmy od nauki pocierania siarczaną główką zapałki o pudełko. I była to najbardziej werbalna część doświadczenia - omawialiśmy pojęcia gorące, parzy, spala się, kwestie szybkiego gaszenia i tego, że czas obserwacji palącej się zapałki jest krótki. Synek trochę podskakiwał w momencie jej zapalenia, ale po wstępnych próbach tak bardzo się skupił na tej czynności, że postanowiłam nie interweniować (rzecz jasna, nie odchodząc od niego nawet na kroczek);

2. Potem zaproponowałam mu zapalanie świeczki i gaszenie jej - bardzo mu się to spodobało, po kilku chwilach zdecydowaliśmy, że nie będziemy gasić zapałki dmuchając, tylko wkładając ją do miseczki z wodą - to niezwykłe, ile koncentracji i napięcia powstało wówczas wokół stołu... z uwagą czekaliśmy na syk kiedy ogień dotykał wody...

3. Następnie synek gasił ogien nakrywając świeczkę grubą szklaną przykrywką i obserwował, jak zabranie powietrza ogniowi gasi go - na tym etapie w zupełności wystarczyła mu informacja, że ogień "oddycha powietrzem" tak, jak my. Przykrywką był niewielki świecznik z Ikei - sprawdził się świetnie, pomimo wielokrotnych prób nawet nie poczuliśmy ciepła ognia. Dzięki niemu doświadczenie było bezpieczne. Mimo wszystko jednak - w sklepach z dewocjonaliami można znaleźć gasidełka do świeczek i one wydają mi się znacznie bezpieczniejsze. Niestety, znacznie również droższe :]



Polecam to doświadczenie z wielu względów: zdecydowanie w trakcie miała miejsce polaryzacja, zakończona pomyślnie normalizacją :P - a synek obecnie reaguje pozytywnie na słowo "uważaj, gorące". Sukces został zatem osiągnięty :D

2 komentarze:

  1. Właśnie trafiłam na Twojego bloga i jestem zachwycona :) Będę stałym gościem i coś czuję, że zarazisz mnie swoimi działaniami :) Ja w czasie studiów pedagogicznych oczywiście spotkałam się nie raz z postacią Montessorii, ale jakoś tak mi to wszystko umknęło! Dziękuję za inspiracje, czekam na więcej i zaraz zmykam czytać wszytskie posty :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję za miłe słowa :D Miłego czytania!

    OdpowiedzUsuń